Medytacja i kontemplacja ignacjańska

Pełna wersja wywiadu na temat medytacji i kontemplacji ignacjańskiej przeprowadzonego z O. Stanisławem Łucarzem SJ, który w wersji skróconej ukazał się w miesięczniku “List” 4/2002

Na plakacie informującym o możliwości odbycia ćwiczeń duchowych, popularnie nazywanych rekolekcjami ignacjańskimi, można przeczytać: "Ćwiczenia duchowe są szkołą modlitwy medytacyjnej i kontemplacyjnej". Co jest sednem obu tych modlitw, a co je odróżnia?

Stanisław Łucarz SJ: Modlitwa osobista tak jak wszystko w życiu człowieka podlega rozwojowi i dojrzewaniu. Zaczynamy jako dzieci od bardzo prostych form modlitewnych, od prościutkich, być może naiwnych formułek, z czasem przychodzą formuły coraz bardziej skomplikowane po modlitwy piękne, poetyckie, psalmy i inne teksty zaczerpnięte z Biblii. W którymś momencie nawet najpiękniejsze formuły już nie wystarczają, człowiek chce się modlić własnymi słowami, rozwija się w nim modlitwa spontaniczna, aż z czasem dochodzi do najwyższych form modlitwy medytacji i kontemplacji właśnie, o które chodzi w pytaniu. Ten proces rozwoju jest rzeczą nie tylko normalną, ale też konieczną. Nie oznacza to jednak, że każdy musi go przejść do końca, ani też, że jeśli ktoś nie osiągnął owych najwyższych form, nie jest dobrym chrześcijaninem. Nie trzeba wędrować na wyżyny medytacji czy kontemplacji, aby się zbawić. Wiedział o tym bardzo dobrze i sam św. Ignacy, dlatego nie uważał, że wszyscy mają odprawiać jego Ćwiczenia Duchowe. Ostatecznie bowiem w modlitwie chodzi o Boga i o spotkanie z Nim a nie o formy. Tym niemniej jakieś formy modlitwy są nam potrzebne, by do tego spotkania doszło i muszą się one zmieniać wraz z naszym ludzkim, intelektualnym i emocjonalnym dojrzewaniem. Człowiek chcąc nie chcąc wyrasta ze swego ubranka pierwszokomunijnego. Być może nie dla wszystkich, ale na pewnym etapie takiego rozwoju wielu potrzebna jest medytacja.

Czym jest medytacja? Łacińskie meditare, od którego to polskie słowo pochodzi, oznacza rozmyślać. Jak więc widać medytacja jest modlitwą angażującą myśl - umysł człowieka. Jest ona rozmyślaniem, czyli swoistą obróbką umysłową jakiejś prawdy wiary, albo fragmentu Pisma świętego, czy wydarzenia zbawczego. Jej celem jest osobiste, dogłębne poznanie tejże prawdy, czy fragmentu Pisma św., albo wydarzenia z historii zbawienia i poprzez to poznanie osoby, np. Jezusa, czy innych osób, których ta prawda, czy wydarzenie dotyczy. Prawdziwa medytacja chrześcijańska bowiem nigdy nie jest tylko intelektualnym zajęciem dla zdobycia wiedzy. Zawsze prowadzi do spotkania, dlatego każda z nich kończy się rozmową z Bogiem. Tym różni się ona od innych medytacji. Nie chodzi w niej też w pierwszym rzędzie o obfitość treści i ich wysoki poziom intelektualny. We wprowadzeniu do Ćwiczeń Duchowych, św. Ignacy napisze wprost, że to nie ogrom wiedzy napełnia i nasyca duszę, lecz raczej wewnętrzne rozumienie rzeczy i smakowanie w nich (ĆD 3). Na czymże owo wewnętrzne rozumienie i smakowanie polega. Jest ono podobne do owego pałania serc uczniów w drodze do Emaus, którym Jezus objaśniał Pisma. Medytującemu otwierają się oczy na nowy sens prawd, fragmentów Pisma św. i wydarzeń, które być może wcześniej znał, ale nawet nie podejrzewał, że mają one dla niego takie właśnie osobiste znaczenie. Powadzi to niekiedy wprost do pełnego zadziwienia okrzyku podobnego do tego, jaki wydał Jakub po przebudzeniu się ze snu, w którym zobaczył słynną drabinę nazwaną potem jego imieniem: Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem... Prawdziwie jest to dom Boga i brama do nieba (Rdz  28, 16-17).

 Medytacja sama z siebie prowadzi z czasem do kontemplacji. Kontemplacja zaczyna się tam, gdzie umysł ludzki staje oniemiały wobec tajemnicy i miłości Boga. Narzędziem, jeśli tak można powiedzieć, kontemplacji przestaje być umysł, staje się nim wiara w sensie zawierzenia. Łacińskie contemplare oznacza patrzeć, oglądać. Tak więc kontemplacja jest po prostu trwaniem wobec Boga i Jego zbawczego działania. Pewną pomocą jest tu wyobraźnia, ale nie o nią tu zasadniczo chodzi. Chodzi natomiast o oczy wiary, o coś, co w gruncie rzeczy jest łaską. Kontemplacja jest modlitwą niezwykłej prostoty i odpoczynku w oczach Boga, ale może też być modlitwą wielkiego trudu, jeśli człowiek sam będzie ją chciał sobie wyprodukować. Na prawdziwą kontemplację stać tylko pokornych. Stąd mistrzynią kontemplacji jest Maryja, pokorna służebnica Pańska. Podstawa kontemplacji to umiejętność pokornego trwania przed Panem działającym w danym wydarzeniu zbawczym w historii zbawienia, które rozciąga się na moje tu i teraz, tak że i ja staję się Jego uczestnikiem. Św. Ignacy mówi wprost o tzw. Kontemplacjach uczestniczących.

Czy medytację ignacjańską można stosować bez przejścia ćwiczeń ignacjańskich czy też prowadzenia kierownika duchowego?

St. Ł.: Medytacja ignacjańska jest pewną metodą modlitwy. To o wiele więcej niż samo rozmyślanie. Bardzo istotne dla jej właściwego przeprowadzenia i jej owoców jest jej przygotowanie, miejsce modlitwy, postawy ciała oraz sposób, w jaki się ją przeprowadza. Nie wystarczy tu krótka instrukcja. Łatwo jest pobłądzić i zniechęcić się, albo popaść w przesady emocjonalno-intelektualne, w swoiste duchowe nowo-twory, które z czasem mogą zniszczyć całe życie modlitewne danej osoby. Trzeba bowiem pamiętać, że wejście w przedłużoną modlitwę jest zarazem wejściem w duchowe zmaganie, które nie zawsze musi się wyrażać w doświadczanej walce duchowej. Może to być też pozornie spokojne i przez to nieświadome wejście w ślepą uliczkę. Stąd potrzeba doświadczonego kierownika, które tego typu błędy wychwyci i skoryguje. Taką potrzebę widzieli zresztą już Ojcowie Pustyni. Oczywiście, medytację ignacjańską można poznać i praktykować poza Ćwiczeniami Duchowymi, choć pełne jej znaczenie i właściwy sens odkrywa się dopiero odprawiając Ćwiczenia.

Medytacja ignacjańska ma pewną metodę; jak to się ma do modlitwy serca?

St. Ł.: Modlitwa serca wyrasta ze zupełnie innej tradycji niż medytacja ignacjańska. W przypadku modlitwy serca jest to tradycja Ojców pustyni przeniesiona potem na całe wschodnie chrześcijaństwo. Zrodziła się ona więc w środowisku, gdzie rzeczą fundamentalną była prostota serca i swoisty antyintelektualizm. Wielu Ojców Pustyni, jak choćby sam Antoni Wielki, nie umiało ani czytać, ani pisać. Ich modlitwy polegały na prostym powtarzaniu krótkich wersetów psalmów, czy innych tekstów biblijnych. Tak zrodziła się modlitwa serca. Człowiek Wschodu przechodzi od razu od tych prostych form do kontemplacji. Jemu nie potrzebna jest metodyczna medytacja. Owszem i Ojcowie Wschodu znali medytację, ale pojmowali ją zupełnie inaczej. Przez medytację rozumieli oni nieustanne powtarzanie półgłosem określonych wersetów lub całych ustępów Pisma świętego w celu uchwycenia ich ukrytego duchowego sensu. Inaczej jest w naszym kręgu kulturowym, w którym umysł i racjonalizm stanowi od wieków podstawę funkcjonowania całej naszej cywilizacji. W przypadku człowieka Zachodu nie da się przeskoczyć, czy pominąć umysłu i jego zaangażowania na modlitwie. Jest rzeczą charakterystyczną, że mistyka Wschodu chrześcijańskiego nie zna ciemnej nocy umysłu, tak charakterystycznej dla mistyki Zachodu. Tak więc dla nas, ludzi Zachodu, medytacja staje się koniecznym etapem w drodze do prostoty kontemplacji. Modlitwa serca jest modlitwą przepiękną, ale wymaga ona prostoty i pokory, o którą trudno, jeśli umysł nie odkrył poprzez medytację, jak przy całej swej wspaniałości jest niewystarczający w poznaniu Boga i spotkaniu z Nim.

Jakie jest miejsce wyobraźni, uczuć i przeżyć w medytacji ignacjańskiej?

St. Ł.: Medytacja, jak powiedziałem, angażuję przede wszystkim umysł. Ale człowiek jest jednością. Dlatego nie można pominąć w niej ani jego wyobraźni, ani też uczuć. Wyobraźnia pozostawiona sobie samopas będzie podczas medytacji przywodzić medytującemu przeróżne obrazy, narażając go na ustawiczne rozproszenia. Dlatego św. Ignacy proponuje, aby dla każdej medytacji wybrać sobie pewien obraz, który do niej pasuje i mieć go przed oczyma wyobraźni, a w razie rozproszeń do niego powracać.

A więc wyobraźnia może szkodzić modlitwie?

St. Ł.: Tak i to nawet bardzo. Wyobraźnia bowiem bywa jednym z głównych źródeł rozproszeń. Podsuwa ona coraz to nowe obrazy odwodząc modlącego się od właściwego przedmiotu modlitwy. Znawcy problemu twierdzą, że zwłaszcza przy pewnych typach osobowości może się to dziać z bardzo dużą częstotliwością. Św. Teresa z Avila posunęła się tak daleko, że nazywała wyobraźnię 'wariatką domową'. Dlatego jest rzeczą tak ważną, aby tę skądinąd bardzo cenną umiejętność człowieka włączyć do modlitwy i uczynić pomocą. Tak właśnie postępuję św. Ignacy. Przy wyborze obrazu pomocnego w medytacji należy kierować się przede wszystkim treścią samej medytacji, ale też uczuciami. Obraz wywołujący w danej osobie uczucia pozytywne, zwłaszcza uczucie miłości, jest znacznie lepszy od obrazu obojętnego, czy odpychającego. Sami wiemy z własnego doświadczenia, jak bez trudu trwa się przy obrazie osoby ukochanej. Oczywiście, znajdziemy także w Ćwiczeniach propozycje obrazów wywołujących uczucia negatywne, zwłaszcza w przypadku medytacji o grzechach, ale i tu wyobraźnia jest pomocą. Moją one bowiem za cel ułatwić uczucie skruchy i obrzydzenia wobec brzydoty grzechu i zarazem podziwu wobec miłości Boga, który grzechy ten przebacza i przygarnia grzesznika.

Wróćmy jednak do uczuć. Jaka jest ich rola w medytacjach?

St. Ł.: Św. Ignacy zdawał sobie też doskonale sprawę z roli, jaką w człowieku odgrywają uczucia. Stąd też poświęca im w Ćwiczeniach Duchownych wiele miejsca. Medytacje i kontemplacje ignacjańskie są swoistą szkołą uczuć. Jednym z ich celów jest dojście do stanu tzw. obojętności. Nie należy jednak tego słowa rozumieć w potocznym znaczeniu. Obojętność ta polega na skupieniu całego siebie na Bogu i pozostawaniu obojętnym stosunku do tego, co do Boga nie prowadzi. Ignacy proces ten nazywa przejściem od uczuć nieuporządkowanych do uporządkowanych. Oczywiście proces taki nie może dokonać się bez mocnych doświadczeń w sferze uczuciowej. Nierzadko w Ćwiczeniach św. Ignacy każe prosić nie tylko o mocne uczucia, ale wprost o łzy. Sam ten dar łez posiadał i pragnie go dla odprawiających.

Czy metoda ta nie zniechęca do modlitwy i czy nie jest tak, że jest pomyślana dla ludzi bardziej cierpliwych i wytrwałych?

St. Ł.: Każda modlitwa przedłużona wymaga cierpliwości i wytrwałości. Nie przypadkiem św. Paweł będzie zachęcał Rzymian, aby w ucisku byli cierpliwi, w modlitwie wytrwali... (Rz 12,12). Cierpliwi i wytrwali mamy być nie w stosunku do metody, czy do Pana Boga, ale w stosunku do własnego nieporządku i chaosu myślowego i emocjonalnego, który jest zawsze wielkim wyzwaniem w czasie modlitwy. Metoda jest tu niezbędną pomocą, rodzajem przysłowiowego płotu, którego należy się trzymać, gdy człowiekowi trudno utrzymać się na własnych nogach. To minimum dyscypliny jest konieczne, aby wydostać się na kwieciste łąki kontemplacji. Po przełamaniu pierwszych trudności doświadcza się prawdziwej radości modlitwy.

Co pomaga w tej modlitwie, a co ją utrudnia?

St. Ł.: To niezwykle ważne, ale i obszerne pytanie. Jako odpowiedź trzeba byłoby napisać cały artykuł, a może nawet i książkę. Zresztą jest takich wiele. Jak wspomniałem, modlitwa jest duchowym zmaganiem, w który stajemy oko w oko nie tylko z własną słabością, ale i z rozlicznymi zasadzkami złego ducha. Jest ona poniekąd pierwszym frontem w tej walce. Największą pomocą na modlitwie jest posłuszeństwo metodzie, czy zaleceniom kierownika, ale to z drugiej strony rzecz najtrudniejsza, bo wymaga pokory, a to zawsze był i jest "towar" deficytowy.

Towarzyszy Ojciec osobom uprawiającym ćwiczenia duchowe. W jaki sposób owocuje u nich modlitwa medytacyjna i kontemplacyjna?

St. Ł.: Ach, co osoba, to inne owoce. Pan Bóg działa w sposób bardzo zindywidualizowany. Myślę, że najczęstszym owocem tej modlitwy, jest odkrycie, że i jak Bóg działa w ich życiu. Jest to doświadczenie siebie jako człowieka słabego i grzesznika, i jednocześnie ukochanego przez Boga. Prowadzi ono do owego chrześcijańskiego optymizmu, który św. Paweł wyraził w słowach: Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia...

Czy zna Ojciec sytuację, w której medytacja ignacjańska zaszkodziłaby komuś?

St. Ł.: Bardzo znaną postacią, której musiano przerwać Ćwiczenia Duchowe i odesłać ją do domu i to z objawami choroby psychicznej był Adam Chmielowski znany nam bardziej jako św. Brat Albert. Doświadczenie to jednak nie przeszkodziło mu zostać, a może nawet mu pomogło zostać świętym. Pan Bóg ma swoje drogi, których nie pojmujemy. Jednakże z mojej praktyki nie znam takich sytuacji. Nie można powiedzieć, że komuś szkodzą same medytacje czy kontemplacje. Nie widzę najmniejszego zagrożenia, jeśli są one odprawiane w życiu codziennym poza specyficzną atmosferą Ćwiczeń Duchownych, trwających osiem, czy - w pełnym wymiarze - trzydzieści dni. Problemem może stać przedłużone wyciszenie (w fachowej terminologii psychologicznej nazywane deprywacją sensoryczną). W człowieku oderwanym od swej codzienności i przebywającym przez osiem, albo nawet trzydzieści dni w ciszy zaczynają wynurzać się sprawy i uczucia, które wcześniej spychał w podświadomość. Może to w niektórych przypadkach prowadzić do mocnych napięć emocjonalnych. Niezastąpiona jest tu rola doświadczonego kierownika duchowego, no i szczerość i otwartość samego odprawiającego. Jeśli te dwa warunki są spełnione, nie obawiałbym się szkód. Kierownik bowiem może dostosowywać tok Ćwiczeń do potrzeb odprawiającego, a w szczególnie trudnych sytuacjach, gdyby napięcia bardzo poważnie utrudniały ich odprawianie, powinien je przerwać. Ja osobiście nigdy nie stanąłem wobec tej ostatniej ewentualności, a z rozmów z bardziej ode mnie doświadczonymi w tym względzie współbraćmi wiem, że zdarzają się one bardzo rzadko. Ale i wtedy nie jest to doświadczenie wyłącznie negatywne. Człowiek taki bowiem dotyka pewnej prawdy o sobie, od której do tamtej chwili uciekał i ma możliwość skonfrontowania się z nią, a to zawsze cenne, także wtedy, kiedy jest to prawda przykra.



www.jezuici.krakow.pl